Siostra wynajęła stary ceglany budynek. W połowie miał rampę, z żaluzjowymi
podnoszonymi roletami dla dostawców. Siostra chciała założyć hodowlę psów.
Przyjechała przyjaciółka i miała ze sobą psa (innego niż w rzeczywistości). Był
bardzo szybki, żywy i wskakiwał wszędzie, po czym zeskakiwał i biegał dalej.
Duży biały Shih-tzu. Wszyscy sprzątaliśmy ten budynek i wymiataliśmy tony pyłu i
kurzu, spod których zaczynały się wyłaniać mozaikowe podłogi. Miała być jakaś
wycieczka, zwiedzanie małego miasteczka. Ludzie zaczęli się zbierać w budynku.
Przewodnik nakazał wyruszenie w drogę, a ja się zorientowałem, że leżę w łóżku i
nie bardzo chciało mi się wychodzić spod ciepłej kołdry. Wyszedłem jednak i
przechodziliśmy przez jakiś targ. Przyjaciółka kupiła sobie bluzkę z napisem
biały elf. Był jakiś stragan ze świeżymi produktami umieszczonymi w lodzie.
Wyciągnąłem spod lodu dużą oliwkę i nagle nastąpił wybuch. Domek kilkaset metrów
dalej dosłownie się rozsypał w bardzo widowiskowy sposób.
Spojrzałem w ciemne
niebo. Było widać setki gwiazd, lekko zakrytych półprzejrzystymi chmurami. Co
chwilę chmury były rozjaśniane czerwono fioletowymi smugami, przez coś co przez
nie przelatywało z zawrotnymi prędkościami. Pomyślałem, że to rakiety
hipersoniczne, ale leciały gdzieś dalej...


